Wracam teraz do domu na piechotę, pomimo że jest chłodny wieczór. Idąc nieopodal szosy, bez problemu mogę dotrzeć do mojego tymczasowego domu. Jest lato, więc zmrok zapada powoli. Nie spieszę się. Andy i Wendy zapewne oglądają teraz telewizję, czekając na mnie. Ze wszystkich moich opiekunów to ich lubię najbardziej. Są młodzi, mili, trochę szaleni, a zarazem rozważni. Miło jest z nimi spędzać czas, jednak nie przywiązuję się do nich. To tylko kolejni ludzie, u których mieszkam. W końcu znikną z mojego życia, jak reszta...
Niektórych spotykam na ulicy, czasem zamieniając z nimi parę zdań. Uśmiecham się, chociaż nie jestem radosna, udaję szczęśliwą, a oni w to wierzą. To nie w porządku, że tyle informacji przede mną zatajają. Mam prawo wiedzieć o sobie więcej, ale oni najwidoczniej nie są w stanie tego pojąć. Próbowałam postawić się na ich miejscu, co pozwoliło mi w części zrozumieć ich postępowanie. Może moja przeszłość i to, co było przed nią nie są przyjemne, wręcz szokujące, ale moje życie nie jest kolorowym obrazkiem przedstawiającym jednorożce i barwne kwiaty oświetlone promieniami złocistego słońca. Zaraz, chyba źle się wyraziłam, bo nawet za tak pozornie piękną rzeczą może kryć się cierpienie. Więc... może zniosę prawdę, którą się nawet nie przejmę, albo wręcz przeciwnie: nie udźwignę więcej i to mnie przygniecie. Oni chyba się o mnie troszczą... to miłe.
Niektórych spotykam na ulicy, czasem zamieniając z nimi parę zdań. Uśmiecham się, chociaż nie jestem radosna, udaję szczęśliwą, a oni w to wierzą. To nie w porządku, że tyle informacji przede mną zatajają. Mam prawo wiedzieć o sobie więcej, ale oni najwidoczniej nie są w stanie tego pojąć. Próbowałam postawić się na ich miejscu, co pozwoliło mi w części zrozumieć ich postępowanie. Może moja przeszłość i to, co było przed nią nie są przyjemne, wręcz szokujące, ale moje życie nie jest kolorowym obrazkiem przedstawiającym jednorożce i barwne kwiaty oświetlone promieniami złocistego słońca. Zaraz, chyba źle się wyraziłam, bo nawet za tak pozornie piękną rzeczą może kryć się cierpienie. Więc... może zniosę prawdę, którą się nawet nie przejmę, albo wręcz przeciwnie: nie udźwignę więcej i to mnie przygniecie. Oni chyba się o mnie troszczą... to miłe.
Pogrążona w myślach powoli zbliżam się do miejsca zamieszkania. Ze wschodu wieje lekki wietrzyk, który delikatnie muska moje policzki. Jest ciemno, ale jednocześnie zbyt jasno, by ujrzeć rozgwieżdżone niebo. Gdzieniegdzie samotne gwiazdy zdołają przebić się przez atramentowo-czarne sklepienie. Pomarańczowy blask ulicznych latarni oświetla mi drogę, na końcu ulicy widać już mój dom. Na podjeździe stoi nieznajomy mi samochód. Pewnie ktoś przyszedł w odwiedziny. Już miałam nacisnąć klamkę, kiedy nagle z wewnątrz domu dociera do mnie odgłos upadku ciężkiej rzeczy, a zaraz po tym krzyk. Głośny, piskliwy, przeraźliwy krzyk kobiety oznajmiający rozpacz zmieszaną ze strachem. Odruchowo cofam rękę, chcąc uciec. Mam wrażenie, że to był odgłos upadku bezwładnego ciała... martwego ciała. Do tego dodać ten krzyk, który wcale nie brzmiał jak film puszczony w telewizji, był zbyt realny. Mam złe przeczucia.
Dźwięki dochodziły z kuchni, więc próbuję zajrzeć przez okna, ale są zasłonięte. To mnie jeszcze bardziej martwi. Przypomina mi się z scena z jakiegoś horroru, którego tytułu nie pamiętam. Jeśli chcę się dowiedzieć, co się stało, to muszę wejść do środka. Próbując przełamać swój strach, powoli przesuwam się ku drzwiom. W głowie słyszę ten okropny wrzask, nie chcę go słyszeć. Obawiam się, że mógł to być głos Wendy. Czy jej bądź Andy'emu coś się stało? Nie wiem dlaczego, ale się o nich martwię. Chyba naprawdę ich polubiłam. Cicho wchodzę do domu, jednak skrzypienie drzwi mnie zdradza. Spoglądając w stronę kuchni, widzę sylwetki trzech mężczyzn, których nie znam. W panice wbiegam po schodach na drugie piętro, co zapewne jeszcze bardziej zdradza moje położenie. Tym razem naprawdę cichutko chowam się do garderoby między płaszczami. Niezbyt dobra kryjówka, jak każda inna w tym budynku, ale przynajmniej mam czas na zastanowienie się co dalej, podczas gdy obcy będą przeszukiwać pokoje. Nie mam zbyt wiele opcji do wyboru. Mogę oddać się w ręce intruzów lub uciekać. To drugie jest zdecydowanie trudniejsze, tym bardziej, że ja jestem sama, a ich jest kilku.
Za drzwiami słyszę kroki, które nie należą do Wendy czy Andy'ego. Mieszkam z nimi kilka miesięcy i jestem w stanie rozpoznać ich tempo chodu. Przydawało się to wtedy, kiedy robiłam w pokoju coś, czego nie powinnam. Na przykład szperałam w dokumentach, do których nie powinnam zaglądać. Niestety nic mi to nie pomogło, bo oni bardzo szybko się orientowali, że coś zniknęło i zabierali mi to, zanim zdążyłam przeczytać jedno zdanie. Staram się uspokoić oddech i bicie serca, ale marnie mi to wychodzi.
- Gdzie jesteś? Nie chowaj się, i tak cię znajdziemy. To tylko kwestia czasu, który mogłabyś nam zaoszczędzić, Sue... - ten niski i lekko chrapliwy głos mężczyzny sprawia, że próbuję wejść jeszcze głębiej szafy, lecz za plecami czuję już deskę. Nawet jeśli ton głosu tego faceta jest najmilszym, jaki posiada, to zdecydowanie nie brzmi jak miły ton.
Mam wrażenie, że siedzę tu od godziny, a jestem tu zaledwie kilka minut. Stąpanie osób za drzwiami przerywane cichymi trzaskami drzwi nadal nie ustaje. To mi mówi, że wkrótce tu zaglądną, a ja nie mam żadnych szans ucieczki. Mogłam wybrać jakiś pokój z oknem, co dawałoby mi jakieś szanse ucieczki. Co prawda mogłabym się trochę obtłuc czy połamać, ale może uciekłabym. Tu, w garderobie nie ma żadnego okna ani innego wyjścia. Same szafy, ciuchy, pudła... Moje rozmyślania o mojej klęsce przerywa dźwięk naciskanej klamki. Serce mi na chwilę zamiera, w pomieszczeniu czuję obecność drugiego człowieka. Zapewne teraz się rozgląda, możliwe nawet, że mnie widzi i czeka... tylko nie wiem na co. Już mnie złapał, przecież nie mam drogi ucieczki. Przede mną on, a za nim kolejny. Są umięśnieni i duzi, jedną ręką by mnie sprzątnęli, a ja mogłabym tylko bezradnie młócić rękami i nogami. Jednak dzieje się coś niespodziewanego... mężczyzna wychodzi tak, jakby mnie nie nie zauważył.
Dźwięki dochodziły z kuchni, więc próbuję zajrzeć przez okna, ale są zasłonięte. To mnie jeszcze bardziej martwi. Przypomina mi się z scena z jakiegoś horroru, którego tytułu nie pamiętam. Jeśli chcę się dowiedzieć, co się stało, to muszę wejść do środka. Próbując przełamać swój strach, powoli przesuwam się ku drzwiom. W głowie słyszę ten okropny wrzask, nie chcę go słyszeć. Obawiam się, że mógł to być głos Wendy. Czy jej bądź Andy'emu coś się stało? Nie wiem dlaczego, ale się o nich martwię. Chyba naprawdę ich polubiłam. Cicho wchodzę do domu, jednak skrzypienie drzwi mnie zdradza. Spoglądając w stronę kuchni, widzę sylwetki trzech mężczyzn, których nie znam. W panice wbiegam po schodach na drugie piętro, co zapewne jeszcze bardziej zdradza moje położenie. Tym razem naprawdę cichutko chowam się do garderoby między płaszczami. Niezbyt dobra kryjówka, jak każda inna w tym budynku, ale przynajmniej mam czas na zastanowienie się co dalej, podczas gdy obcy będą przeszukiwać pokoje. Nie mam zbyt wiele opcji do wyboru. Mogę oddać się w ręce intruzów lub uciekać. To drugie jest zdecydowanie trudniejsze, tym bardziej, że ja jestem sama, a ich jest kilku.
Za drzwiami słyszę kroki, które nie należą do Wendy czy Andy'ego. Mieszkam z nimi kilka miesięcy i jestem w stanie rozpoznać ich tempo chodu. Przydawało się to wtedy, kiedy robiłam w pokoju coś, czego nie powinnam. Na przykład szperałam w dokumentach, do których nie powinnam zaglądać. Niestety nic mi to nie pomogło, bo oni bardzo szybko się orientowali, że coś zniknęło i zabierali mi to, zanim zdążyłam przeczytać jedno zdanie. Staram się uspokoić oddech i bicie serca, ale marnie mi to wychodzi.
- Gdzie jesteś? Nie chowaj się, i tak cię znajdziemy. To tylko kwestia czasu, który mogłabyś nam zaoszczędzić, Sue... - ten niski i lekko chrapliwy głos mężczyzny sprawia, że próbuję wejść jeszcze głębiej szafy, lecz za plecami czuję już deskę. Nawet jeśli ton głosu tego faceta jest najmilszym, jaki posiada, to zdecydowanie nie brzmi jak miły ton.
Mam wrażenie, że siedzę tu od godziny, a jestem tu zaledwie kilka minut. Stąpanie osób za drzwiami przerywane cichymi trzaskami drzwi nadal nie ustaje. To mi mówi, że wkrótce tu zaglądną, a ja nie mam żadnych szans ucieczki. Mogłam wybrać jakiś pokój z oknem, co dawałoby mi jakieś szanse ucieczki. Co prawda mogłabym się trochę obtłuc czy połamać, ale może uciekłabym. Tu, w garderobie nie ma żadnego okna ani innego wyjścia. Same szafy, ciuchy, pudła... Moje rozmyślania o mojej klęsce przerywa dźwięk naciskanej klamki. Serce mi na chwilę zamiera, w pomieszczeniu czuję obecność drugiego człowieka. Zapewne teraz się rozgląda, możliwe nawet, że mnie widzi i czeka... tylko nie wiem na co. Już mnie złapał, przecież nie mam drogi ucieczki. Przede mną on, a za nim kolejny. Są umięśnieni i duzi, jedną ręką by mnie sprzątnęli, a ja mogłabym tylko bezradnie młócić rękami i nogami. Jednak dzieje się coś niespodziewanego... mężczyzna wychodzi tak, jakby mnie nie nie zauważył.
- Sue, wyjdź już. Koniec zabawy w chowanego. - W jego głosie wyczuwam zniecierpliwienie.
- Widzieliśmy, jak wchodziłaś do domu. Przegrałaś. Wychodź!
- Widzieliśmy, jak wchodziłaś do domu. Przegrałaś. Wychodź!
Nie wiem, ile czasu minęło, zanim usłyszałam, że ktoś schodzi po schodach. Na wszelki wypadek czekam jeszcze z wyjściem, może to jest zasadzka? W międzyczasie ponownie słyszę krzyk, także kobiecy, ale tym razem to okrzyk bólu. Jestem pewna, że to Wendy.
- Mów, gdzie mogła się schować, albo jeszcze raz to poczujesz. Lubisz, jak cię boli? - Są w kuchni. Nie mogę znieść myśli, że Wen jest krzywdzona. Przeze mnie! To mnie chcą, nie jej. Muszę iść jej pomóc. Nie obchodzi mnie to, że mnie złapią. Ostrożnie wychodzę spomiędzy płaszczy, wędrując do drzwi. Po drodze zrzucam jakąś rzecz z półki i pozwalam jej narobić trochę hałasu. Na przedpokoju jest spokojnie, chyba nikogo tam nie ma, więc wychodzę.
- Mów, gdzie mogła się schować, albo jeszcze raz to poczujesz. Lubisz, jak cię boli? - Są w kuchni. Nie mogę znieść myśli, że Wen jest krzywdzona. Przeze mnie! To mnie chcą, nie jej. Muszę iść jej pomóc. Nie obchodzi mnie to, że mnie złapią. Ostrożnie wychodzę spomiędzy płaszczy, wędrując do drzwi. Po drodze zrzucam jakąś rzecz z półki i pozwalam jej narobić trochę hałasu. Na przedpokoju jest spokojnie, chyba nikogo tam nie ma, więc wychodzę.
- Niespodzianka - przed oczami widzę obrzydliwy uśmiech intruza, który wypowiedział to słowo.
To była zasadzka, a ja w nią wpadłam. Myślałam, że jestem krok przed nimi, a tak naprawdę byłam dwa kroki z tyłu. Mając nadzieję, że uda mi się uciec, rzucam się pędem do przodu, ale facet z łatwością podnosi mnie do góry. Tylko młócę w powietrzu kończynami, czasem uderzając w twarde jak skała ciało, lecz sprawiam ból tylko sobie.
- Masz ją, Brutus? Tylko ostrożnie, aby się nie uszkodziła - na te słowa Wendy wydaje zdławiony okrzyk. Przestaję się szamotać, więc Brutus schodzi po schodach ze mną zarzuconą na ramieniu niczym worek kartofli. Kiedy mnie stawia na ziemię, to znajdujemy się w kuchni. W lewym rogu, nieopodal stołu, leży blade ciało Andy'ego. Jego klatka piersiowa ledwo co się podnosi. Jeszcze żyje, jednak jest w takim stanie, że może już konać z cierpienia. Obok niego klęczy zapłakana Wen. Chcę do nich podbiec, jednak silny uścisk na moim ramieniu mi na to nie pozwala. Mogę się temu tylko przyglądać, bo nie wiem, co powiedzieć. Nad Wen stoi na straży ciemnowłosy mężczyzna o groźnym wyrazie twarzy. Po środku kuchni siedzi na krześle drugi, nieco mniejszy od pierwszego, jego jasne włosy wyglądają, jakby układał je wiatr wiejący we wszystkie strony. Spogląda na mnie z zaciekawieniem. Nie pasuje do reszty, wydaje się zbyt dobry. Za mną znajduje się Brutus. Obróciłam się i mu się przyjrzałam. Na lewym policzku miał podłużną bliznę. Nie wyglądała zbyt atrakcyjnie, najwidoczniej była tam głęboka rana. Nie współczułam mu teraz, bo sam krzywdził inne osoby. Wszyscy trzej są wyżsi ode mnie przynajmniej o dwie głowy.
- Cześć Sue - ton głosu blondyna brzmi przyjaźnie, pomimo to nie odpowiadam. Za to ktoś inny reaguje na te słowa. Moja opiekunka. Rozwścieczona biegnie na przód z nożem w ręku, wbijając go w przegub Brutusa, który mnie natychmiastowo puszcza.
- Uciekaj, Sue! Biegnij! Musisz ucie... - nie dokończyła, bo nóż, którego wcześniej użyła, przeciął jej szyję. Bezwładne ciało łupnęło o podłogę, zabarwiając ją na czerwono. To wszystko stało się tak szybko, że nawet nie zauważyłam, kiedy blondyn zgarnął mnie na drugi koniec kuchni. Teraz trzyma mnie mocno, nie pozwalając mi podbiec do martwej kobiety. Krzyczę, dławiąc się łzami. Już nigdy jej nie zobaczę. Andy nie jest świadomy, co się dzieje. Kurczowo trzyma się życia, lecz wiem, że gdyby wiedział co się stało, to nie starałby się tak bardzo. Ponownie próbuję się wyrwać, chociaż na daremno. Widzę gniew na twarzy blondyna. Nie jest zły na mnie; na Wendy też nie, pomimo iż zraniła jego kolegę; ani na strażnika, ponieważ jej nie przypilnował; Andy też nie zawinił. Spogląda na zabójcę, mówiąc:
- Mógłbyś być mniej brutalny, Bru. Co ci odbiło? Przestraszyłeś ją, utrudniasz nam tylko zadanie. Mogłeś się powstrzymać na tę chwilę, kretynie... - mówi coś jeszcze, ale nie słucham. Już nawet się nie wyrywam, tylko stoję cichutko, wsłuchując się w miarowe tykanie zegara.
W końcu dialog ustaje. Ktoś mnie prowadzi do wyjścia, więc posłusznie idę. Zamykam oczy, aby nie widzieć krwi na podłodze rozlanej dookoła... Myśli przerywa mi miły ton głosu:
- Przepraszam. Za to, co się wydarzyło. Nie musiałaś tego widzieć. Czasem trudno zapanować nad takimi dryblasami. Ja raczej staram się nie nadużywać przemocy, chociaż jestem do niej zdolny. Przykro mi, straciłaś kogoś, kto mógł dla ciebie coś znaczyć. Z drugiej strony twoi opiekunowie się co chwila zmieniają, co? Pewnie się do nich nie przywiązujesz za bardzo, wiem coś o tym...Tylko że z tobą to zupełnie inna historia... - Jesteśmy już na zewnątrz. Nie zwróciłam nawet uwagi na metaliczną woń krwi w domu, dopóki nie znalazłam się na świeżym powietrzu. Z podniesioną głową spoglądam na młodą twarz blondyna. Zatrzymaliśmy się na chwilę. W jego głosie dało się wyczuć prawdziwą troskę. Cicho się śmieje i mówi:
- Przepraszam, nawet się nie przedstawiłem, jakoś mi to wyleciało z głowy ze względu na okoliczności. Nazywam się Tony. - Podaje mi rękę, lecz widząc, że nie chcę jej uścisnąć, dodaje:
- Nie musisz się mnie bać. - Otwiera samochodowe drzwi i daje mi znak, abym usiadła z tyłu. Grzecznie wsiadam do środka, upuszczając pierścionek na podjazd. Kiedy widzę, że Tony schyla się, by go podnieść, szybko przesuwam się na drugą stronę samochodu, by otworzyć drzwi i uciec.
- A niech to szlag. - mówi Tony, uderzając w dach samochodu. Biegnę wzdłuż rzędu domków, na razie nie mam gdzie skręcić. Samochód z łatwością mnie dogoni, ale nie słyszę warkotu silnika. Spoglądam do tyłu, widząc, że Tony udaje się w pogoń za mną.
To była zasadzka, a ja w nią wpadłam. Myślałam, że jestem krok przed nimi, a tak naprawdę byłam dwa kroki z tyłu. Mając nadzieję, że uda mi się uciec, rzucam się pędem do przodu, ale facet z łatwością podnosi mnie do góry. Tylko młócę w powietrzu kończynami, czasem uderzając w twarde jak skała ciało, lecz sprawiam ból tylko sobie.
- Masz ją, Brutus? Tylko ostrożnie, aby się nie uszkodziła - na te słowa Wendy wydaje zdławiony okrzyk. Przestaję się szamotać, więc Brutus schodzi po schodach ze mną zarzuconą na ramieniu niczym worek kartofli. Kiedy mnie stawia na ziemię, to znajdujemy się w kuchni. W lewym rogu, nieopodal stołu, leży blade ciało Andy'ego. Jego klatka piersiowa ledwo co się podnosi. Jeszcze żyje, jednak jest w takim stanie, że może już konać z cierpienia. Obok niego klęczy zapłakana Wen. Chcę do nich podbiec, jednak silny uścisk na moim ramieniu mi na to nie pozwala. Mogę się temu tylko przyglądać, bo nie wiem, co powiedzieć. Nad Wen stoi na straży ciemnowłosy mężczyzna o groźnym wyrazie twarzy. Po środku kuchni siedzi na krześle drugi, nieco mniejszy od pierwszego, jego jasne włosy wyglądają, jakby układał je wiatr wiejący we wszystkie strony. Spogląda na mnie z zaciekawieniem. Nie pasuje do reszty, wydaje się zbyt dobry. Za mną znajduje się Brutus. Obróciłam się i mu się przyjrzałam. Na lewym policzku miał podłużną bliznę. Nie wyglądała zbyt atrakcyjnie, najwidoczniej była tam głęboka rana. Nie współczułam mu teraz, bo sam krzywdził inne osoby. Wszyscy trzej są wyżsi ode mnie przynajmniej o dwie głowy.
- Cześć Sue - ton głosu blondyna brzmi przyjaźnie, pomimo to nie odpowiadam. Za to ktoś inny reaguje na te słowa. Moja opiekunka. Rozwścieczona biegnie na przód z nożem w ręku, wbijając go w przegub Brutusa, który mnie natychmiastowo puszcza.
- Uciekaj, Sue! Biegnij! Musisz ucie... - nie dokończyła, bo nóż, którego wcześniej użyła, przeciął jej szyję. Bezwładne ciało łupnęło o podłogę, zabarwiając ją na czerwono. To wszystko stało się tak szybko, że nawet nie zauważyłam, kiedy blondyn zgarnął mnie na drugi koniec kuchni. Teraz trzyma mnie mocno, nie pozwalając mi podbiec do martwej kobiety. Krzyczę, dławiąc się łzami. Już nigdy jej nie zobaczę. Andy nie jest świadomy, co się dzieje. Kurczowo trzyma się życia, lecz wiem, że gdyby wiedział co się stało, to nie starałby się tak bardzo. Ponownie próbuję się wyrwać, chociaż na daremno. Widzę gniew na twarzy blondyna. Nie jest zły na mnie; na Wendy też nie, pomimo iż zraniła jego kolegę; ani na strażnika, ponieważ jej nie przypilnował; Andy też nie zawinił. Spogląda na zabójcę, mówiąc:
- Mógłbyś być mniej brutalny, Bru. Co ci odbiło? Przestraszyłeś ją, utrudniasz nam tylko zadanie. Mogłeś się powstrzymać na tę chwilę, kretynie... - mówi coś jeszcze, ale nie słucham. Już nawet się nie wyrywam, tylko stoję cichutko, wsłuchując się w miarowe tykanie zegara.
W końcu dialog ustaje. Ktoś mnie prowadzi do wyjścia, więc posłusznie idę. Zamykam oczy, aby nie widzieć krwi na podłodze rozlanej dookoła... Myśli przerywa mi miły ton głosu:
- Przepraszam. Za to, co się wydarzyło. Nie musiałaś tego widzieć. Czasem trudno zapanować nad takimi dryblasami. Ja raczej staram się nie nadużywać przemocy, chociaż jestem do niej zdolny. Przykro mi, straciłaś kogoś, kto mógł dla ciebie coś znaczyć. Z drugiej strony twoi opiekunowie się co chwila zmieniają, co? Pewnie się do nich nie przywiązujesz za bardzo, wiem coś o tym...Tylko że z tobą to zupełnie inna historia... - Jesteśmy już na zewnątrz. Nie zwróciłam nawet uwagi na metaliczną woń krwi w domu, dopóki nie znalazłam się na świeżym powietrzu. Z podniesioną głową spoglądam na młodą twarz blondyna. Zatrzymaliśmy się na chwilę. W jego głosie dało się wyczuć prawdziwą troskę. Cicho się śmieje i mówi:
- Przepraszam, nawet się nie przedstawiłem, jakoś mi to wyleciało z głowy ze względu na okoliczności. Nazywam się Tony. - Podaje mi rękę, lecz widząc, że nie chcę jej uścisnąć, dodaje:
- Nie musisz się mnie bać. - Otwiera samochodowe drzwi i daje mi znak, abym usiadła z tyłu. Grzecznie wsiadam do środka, upuszczając pierścionek na podjazd. Kiedy widzę, że Tony schyla się, by go podnieść, szybko przesuwam się na drugą stronę samochodu, by otworzyć drzwi i uciec.
- A niech to szlag. - mówi Tony, uderzając w dach samochodu. Biegnę wzdłuż rzędu domków, na razie nie mam gdzie skręcić. Samochód z łatwością mnie dogoni, ale nie słyszę warkotu silnika. Spoglądam do tyłu, widząc, że Tony udaje się w pogoń za mną.
Fantastyczne masz talent <3
OdpowiedzUsuńcudowne ♥ zaciekawiłaś mnie tym opowiadanie, czekam na dalsze części.:)
OdpowiedzUsuńCześć. Napisałaś na asku, właśnie przeczytalam 1 rozdział i powiem Ci ze spodobało się, trzyma w napieciu, przynamniej na razie
OdpowiedzUsuńOby tak dalej
Bardzo ciekawie napisane, masz talent, trzymam kciuki za dalsze rozdziały!
OdpowiedzUsuńBardzo spodobał mi się prolog, jest bardzo tajemniczy. Kim jest Tony i dlaczego szukał Sue? W domu on i jego znajomi na początku wydawali się zwykłymi porywaczami ale potem... Przeszłość Sue jest owiana tajemnicą i mam nadzieje, że niedługo dowiem się co się stało. Wendy wiedziała, ona już nic nie powie ale może Andy jeszcze się pojawi. Błędów nie wykryłam :) Historia wciąga, życzę weny i zapraszam do mnie alex2708.blogspot.com
OdpowiedzUsuńWoow ツ Masz talent ♥
OdpowiedzUsuń